Psychodeliczne pogmatwanie


Szeroko pojęte pisanie, zapełnianie pustych, białych przestrzeni dokumentu tekstowego lub żywego papieru towarzyszyło i towarzyszy mi odkąd pamiętam.. Już jako mała dziewczynka opisywałam każdy swój dzień podczas wakacji u babci. Potem na górskich szklakach, zdyszana przystawałam na moment na skarpie żeby przelać na papier ulotne przemyślenia. Potem odnalazłam się w psychologicznej psychodeliczno pogmatwanej plątaninie myśli. Pisałam tak, abym za każdym razem mogła interpretować moje słowa tak, jak tego aktualnie potrzebuję. Czułam się dzięki temu ekscentryczna. Cały okres gimnazjum i liceum przelałam na kartki pięknego zeszytu z Unicefu. Następnie, podczas półrocznym pobycie w szpitalu każdego dnia opisywałam swój dzień. Kogo poznałam, jak trudno mi tutaj, jaka jestem przerażona. Pomimo tego były momenty kiedy czułam się spełniona towarzysko. Miałam poczucie, że ktos mnie rozumie. Tak mocno. Kiedy wróciłam (końcówka 2009 roku), zaczęłam spisywać swoje obawy, zażalenia i radości w zwykłym dokumencie tekstowym. Robię to do dnia dzisiejszego. 
Trochę żałuję, że nie robiłam tego na bieżąco w sieci.. Możne nie byłabym z tymi myślami sama? Może ktoś podsunąłby mi twórczy pomysł (lub chociaż nakierował) jak wybrnąć z danej sytuacji.. Może uniknęłabym wielu załamań. Ominęłoby mnie poczucie osamotnienia?


Nie ma co gdybać. Ania, idz do przodu..

Zatopienie w objęciach iluzji


Wewnętrzny pęd do pisania powraca, a ma to związek ze zwiększoną wolą walki i niejako „malym wrzuceniem na luz“ w szerokopojetej sferze mojej egzystencji. Tak. Zauważyłam, że nowe wpisy znajomych dot diet czy odchudzania (nawet jeśli nie są one rażąco bezpośrednie), związane z wyglądem w ogóle mnie nie ruszają.. Chyba osiem lat „starzu w ed“ nauczyło mnie, że te myśli z serii „chcę schudnąć“ będą ze mną zawsze bez względu na to ile ważę i jak wyglądam. To są tylko myśli. Ja decyduje czy się im poddam czy nie. Co z tego, że zjem kęs więcej czy kęs mniej w tym momencie.. Patrząc na moje wakacje, widzę, jak bardzo moje ed mnie ogranicza, ile przynosi bólu, ile łez.. A pomimo tego nie robię nic żeby to zmienić. O, no może oprócz tego, że tak obsesyjnie nie chodzę i nie ćwiczę. Zle to wpływa na mój stan psychiczny.. Po tych „aktach aktywności“ jestem jeszcze bardziej zeschizowana, zestresowana, zaburzona i chora. (wpedzilo mnie to w te napady lękowe i nerwice.. Dobrze, ze juz minęły. Nie chce zapeszyc!) Tak bardzo marnuje czas, zamiast zająć się czymś innym. Czymkolwiek innym.. Hm, może życiem dla odmiany? Ciągle czytam publikacje dot ed, ciągle przeglądam te strony.. Wiem, ze to wynik samotności. To mi daje złudne poczucie, że nie jestem sama.. Że jestem w czymś ekspertem, że być może w jakiś sposób tą wiedzę kiedyś wykorzystam.

Póki co martwię się tym, że nie mogę się ogarnąć w kwestii pracy.. Niby mi zależy, ale tak naprawdę stałam się taka.. obojętna. Zawsze się tego obawiałam, tak, wiem.. ale mam już dość utrudniania sobie życia, stresowania się dosłownie wszystkim. Nic mi to nie daje. Wszystko przekładałam na jedzenie. Im bardziej się ograniczałam tym było „lepiej“. Ta, dla kogo.. Dla „wewnętrznego poczucia kontroli“.. że „jestem lepsza, bo praktycznie nic nie jem“. „Wszystko się wali, nic się nie udaje? Co z tego, nie zjem, to się liczy“. Przecież to jest nienormalne! To nie jest sposób na rozwiązywanie problemów.. Z czasem one się nawarstwiają i jest jeszcze gorzej. To jest ucieczka od prawdziwych problemów dorosłości. Od problemu ze znalezieniem pracy, partnera, z poradzeniem sobie w kontaktach międzyludzkich, ze swoją śmiałością czy też nieśmiałością.. I cały czas pojawiąjcy się głos w głowie „Nie chcę o tym myślec, wolę zająć się sferą ed. Chcę uciec w tą sferę. Odizolować się, nie myśleć o niczym innym“. Tak to widzę w dniu dzisiejszym. Analizując cały lipiec. Od pierwszego do trzydziestego pierwszego dnia. Każdy dzień taki sam. Pomijając ten Poznań i jeden koncert. Śledzę przebieg wakacji znajomych, lajkuje zdjęcia, całkiem obojętnie przeglądam galerie ich zdjęć.. Nie poddałam się, po prostu chcę się póki co wyciszyć.. Byłam tak bardzo przejęta i zdenerwowana cały czerwiec. Chciałam sprostać wszystkim trudnym zdaniom na uczelni, nie chciałam zawieść ani siebie ani nikogo z bliskich. (Wiem, uczę się niby dla siebie, ale nie chciałam pokazac, że „nie dam rady“) Ta, nauka dla bliskich.. I tak jestem straszną egositką. Tak intensywnie skupiam się na sobie i swoich uczuciach, że mam gdzieś, że ranię rodzinę swoimi nawykowymi schizami. Nie wiem, może okreslenie mamy, że „czekam na przelom/wielki deszcz/wielki dzien, ktory nigdy nie nadejdzie“ jest jak najbardziej trafne.. Chyba zacznę wierzyć w to, że chyba drastyczna, ekstremalna sytuacja jest w stanie cokolwiek zmienic.. Odmienic los takiego zawieszenia..

Co do S. (tak mi sie przypomnialo teraz) to dowiedzialam sie ostatnio, ze rzucila studia.. Wiem to od mamy, bo jej babcia od strony taty przyszlo do niej do pracy. Mieszka gdzies w W. z chlopakiem, wyprowadzila sie od mamy, ktora znalazla sobie nowego faceta. (Wczesniej bardzo dlugo byla z W.. Jeszcze te sześć lat temu, jak u nich bylysmy z mama w G. byli razem) Jak to wszystko sie zmienia.. Mam nadzieje, ze sobie poradzi. Mimo, ze tak straszliwie dlugo nie rozmawialysmy ma w moim sercu specjalne miejsce.