Tajne oblicza anoreksji, o których się nie mówi


Ukryte pod płaszczykiem szczęśliwego spełnienia i satysfakcji fakty na temat anoreksji. Opracowałam je spontanicznie podczas spotkań z psychodietetyczką..

Zaznaczę, bo to istotne, że są to poniekąd wnioski wyciągnięte przeze mnie, po blisko dwunastu latach życia z anoreksją, (przeplatane okresami, w których udawało mi się pokonywać autodestrukcyjne działania, do których zaliczały się głodówki czy kompulsywne ćwiczenia). Z pewnością wyglądałoby to inaczej jeszcze pięć, sześć lat temu. Z czasem konsekwencje są coraz większe, ale osoby z krótkim stażem chorowania  nie dopuszczają do siebie tej bolesnej, trudnej prawdy. Najczęściej wypierają ją. Obserwuję to za każdym razem kiedy stykam się z osobami z zaburzeniami odżywiania. Warto uzmysłowić sobie to, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. To mechanizm działania anoreksji. To jest myślenie kategoriami: „Jest ok, daję radę, przecież mam wszystko pod kontrolą”.


Życie z anoreksją
Życie bez anoreksji
- obsesyjne myśli dotyczące jedzenia, wyglądu, wagi uniemożliwiające skupienie się na innych aspektach życia
- nauka życia.. w ogóle (precyzując - przedefiniowanie go, nadanie celu nie związanego ze sferą ed)
- ciągły strach o swoje życie
- utrata kontroli nad jedzeniem
- brak perspektyw
- normalne relacje z ludźmi
- brak siły by żyć, pracować
- możliwość by znaleźć pracę
- izolowanie się od wszystkich
- możliwość założenia rodziny
- ciągły smutek, przygnębienie, zdenerwowanie, depresja
- chęć do działania, wychodzenia z domu
- ciągłe stany lękowe i bóle pochodzące z różnych części ciała
- siły do konfrontowania się z życiem
- ciągła zależność od kogoś
- możliwość skupienia się na innych rzeczach niż obsesyjnym myśleniu o jedzeniu
- budzenie lęku, często odrazy wśród innych ludzi oraz brak szacunku z ich strony
- szansa na znalezienie pasji, hobby,
nie związanej z jedzeniem

- „życie” z iluzją szczęścia, która powoli prowadzi do śmierci
- możliwość podróżowania po świecie
i poznania nowych ludzi

- ból, który sprawia się najbliższym, którzy patrzą jak umierasz
- możliwość poznania siebie na innych obszarach, nie tylko tych „pierwotnych”
- bycie na straconej pozycji na każdej płaszczyźnie swojego życia
- możliwość na stanie się niezależną 
- nie traktowanie mnie poważnie, często jak dziecko, któremu nie można powierzyć odpowiedzialnego zadania
- ciągła praca nad sobą by znów nie wrócić do chorych, obsesyjno-kompulsywnych zachowań
- brak rozwoju w żadnym kierunku, stanie w miejscu, które jest jednoznaczne z regresem

- ciągłe poczucie zrezygnowania
- brak marzeń
- ciągłe myślenie, że nic nie ma sensu
- wegetacja, brak sił na cokolwiek
- ciągłe poczucie zimna, senności

Niektóre rozwinęłam niżej. Tylko te dotyczące życia bez anoreksji, wypisane po prawej stronie. Dlaczego? Piekło lewej strony to materiał na niekończącą się lawinę bólu, którego nie chcę tutaj serwować. (Jasne, że po dłuższym zastanowieniu się można by dodać o wiele więcej, być może nawet bardziej trafnych spostrzeżeń, refleksji, ale nie o to chodziło. To miało być twórcze i szczere działanie pod wpływem impulsów, silnych emocji. Myślę, że gdybym zrobiła to na spokojnie w domu możliwe, że mogłabym spojrzeć na blogi lub specjalistyczne artykuły, które regularnie czytam od dziesięciu lat na temat zaburzeń odżywiania, a to by sprawiło, że powyższe punkty nie byłyby intymne i takie „tylko moje”. Dzięki temu, że są pisane możliwie jak najszybciej to są w pełni autentyczne, płynące prosto ze mnie i bazujące na moich doświadczeniach.  

Nauka życia.. w ogóle

Za każdym razem kiedy życie stawiało przede mną wyzwania, napotykałam się na problemy, trudności to mobilizującym stało się poczucie kontroli. Kiedy nie byłam pewna „czy mi się uda z czymś sprostać” miałam swego „pewniaka” pod postacią kontroli jedzenia. A raczej robienia wszystkiego żeby spożyć go jak najmniej. Wmówiłam sobie, że rygorystyczne „pilnowanie” tego co i ile jem (zapisywałam to na małych karteczkach każdego dnia) da mi siłę żeby poradzić sobie ze wszystkim.. Zaślepiło mnie to do tego stopnia, że najczęściej nie widziałam świata poza tą kontrolą. Tu nie chodziło o cyferki, naprawdę się nie ważyłam ani nie mierzyłam. Samo poczucie, że „jestem lepsza”, bo wmówiłam sobie, że jem minimalną ilość jedzenia, „a to przecież sprawia, że zawsze będę w czymś najlepsza”. Jak to teraz piszę to widzę jak bardzo to jest nielogiczne. Dochodził do tego nieustający lęk przed przytyciem. Wydawało mi się, że jak zacznę normalnie jeść, co cztery godziny, normalne porcje to się nagle roztyję.. A mi podobało się to, że jestem taka drobna i tak bardzo wyróżniałam się wśród moich rówieśniczek. Tak bardzo skupiałam się na całej sferze swojego obsesyjnego podejścia do jedzenia i wyglądu, że zapomniałam doświadczać życia. Po prostu. Nie ma tu co się rozwodzić. Anoreksja to moja „bezpieczna sfera”, w którą sobie wchodziłam kiedy bałam się zrobić krok ku.. czemukolwiek. Czy to relacje partnerskie (nie mówię tu o przyjaciołach) czy to zawodowe.. Paraliżujący strach przed tymi dorosłymi wyzwaniami sprawiał, że chciałam uciec.. I robiłam to. 

Utrata kontroli nad jedzeniem (?!)

Dla mnie wyjście z anoreksji jest równoznaczne z wolnością i swobodą w kwestii przyjmowania pożywienia. Wydaje mi się, że ja tak bardzo lubię kosztować, smakować, że kompletnie bym zwariowała i zaczęła jeść, jeść.. A tego nie chcę. Potrzebuję tej kontroli. „Skubanie” jedzenia dawało (daje..) mi poczucie takiego niedosytu i ochoty na to jedzenie następnym razem. Wyczekiwania na niego, bo czuję to niedojedzenie. Kiedy nie jem pełnej porcji czuję spokój, że potrafię przestać, że ta kontrola jest we mnie i dzięki temu może jestem w stanie skontrolować też inne sfery życia.. Skoro mam takie zapędy do nadzoru to może w końcu uda mi się je przenieść na coś innego..

Normalne relacje z ludźmi 

Bywało, że potrafiłam spontanicznie zaproponować spotkanie, wyjść z inicjatywą i sama wszystko zorganizować. To było w momentach kiedy miałam okresy „cudownego podleczenia”. Dlaczego uważam to „cudownym”? Do tej pory nie rozumiem mechanizmów mojego sinusoidalnego przebiegu mojego zaburzenia.. To nie jest zależne od moich sukcesów ani w kwestiach towarzyskich ani uczelnianych więc.. te ciągłe wahania nastrojów są dla mnie zagadką. Niestety w słabszych momentach tzn. takich kiedy znów anoreksja, strach przed jedzeniem mnie obezwładnia ja izoluję się i robię wszystko żeby zostać z nią sam na sam. Wyzdrowienie z anoreksji jest dla mnie równoznaczne z brakiem tej samotności. W momencie kiedy jestem w bojowym nastroju, faktycznie pomimo lęków i obaw jem i odżywiam się jak należy ta potrzeba do izolowania jest bardzo mała. Po prostu w momencie kiedy jem to anoreksja coraz mniej zajmuje moje myśli. Dzięki temu jest miejsce na innych ludzi. To brzmi trochę absurdalnie? Ale tak jest. Mam energię by walczyć z tymi myślami. Wiem co mam robić. Wiem, że jedzenie jest moim lekarstwem, a pomimo tego tak często wolę do niej wrócić.. Nie dała mi nic wartościowego, a pomimo wszystko ta toksyczna relacja jest dla mnie wciąż tak.. ważna? Nigdy nie chciałam żeby stała się moją tożsamością, bo uważam, że mam coś więcej do zaoferowania niż „chorowanie na anoreksję” i identyfikowanie się z tym zaburzeniem, ale czuję, że to coś tak mocno się we mnie zagnieździło, że trudno mi stwierdzić: „kończę z tobą”. Jednak bywało, że często to poczucie głodu, czystości, pustki mobilizowało mnie do działania. To wiercenie w żołądku towarzyszyło mi na każdym etapie mojego życia i czuję się do niego przywiązana. Kiedy go nie ma czuję, że „czegoś mi brakuje”. Rany, jakie to jest pokręcone..

Możliwość założenia rodziny 

Bez odzyskania zdrowia nie będę mogła zająć się nikim innym, bo anoreksja zabiera 100% uwagi. Kiedy uwolnię się od anoreksji będę miała możliwość zdecydowania czy chcę założyć rodzinę. Będę mogła rozważyć taką ewentualność. Być może otworzą się przede mną kolejne perspektywy, możliwości. W tym decyzja o związaniu się z kimś i/lub zdecydowanie się na dziecko. Nie wiem czy odzyskam okres, nie wiem czy chcę mieć dzieci, ale kiedy wyzdrowieję to będę mieć wybór, bo kiedy jestem chora ani nie mogę urodzić dziecka (brak okresu) ani zaadoptować, ponieważ nikt nie odda dziecka chorej osobie…

Chęć wychodzenia z domu 

W procesie wychodzenia z anoreksji mam ochotę na jakąkolwiek aktywność. Czuję się żywym człowiekiem, a nie pogrążonym w depresji zombie snującym się po domu. Nieważne czy wykonuję coś konstruktywnego czy typowo sprzątam pokój. Szczerze i bez przymusu mam po prostu ochotę i energię by wykonywać jakieś działania oraz myśleć nad innymi, przyszłymi zajęciami.

Siła do konfrontowania się z życiem 

Kiedy regularnie się odżywiam mój mój mózg inaczej pracuje. Po mału dochodzi do mnie jak destrukcyjnie wpływa na człowieka niedożywienie, niedobór glukozy we krwi itd. Ciągła senność, brak sił, znużenie, apatia i w końcu – depresja powodowały, że nie zdawałam sobie sprawy z tego ile mnie ominęło, ile rzeczy mogłam zrobić, ile osób poznać. Nie zrobiłam tego, bo po prostu nie miałam na nic siły przez niejedzenie. Nieustanne odkładanie zdrowienia na później sprawiło, że tkwiłam w zawieszeniu wiele lat. Zastój powodował rezygnację i pogłębiające się poczucie „teraz to już nie ma sensu”. Na chwilę obecną zmuszanie się do podjęcia kolejnych kroków, przekraczanie wyznaczonych przez siebie absurdalnych granic daje mi do zrozumienia, że nowe nie oznacza końca świata i odebrania mi bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie. Zakodowane reguły ograniczały moje myślenie i powodowały, że zamykałam się w schemacie, który w żaden sposób mnie nie rozwijał. Stało się zupełnie na odwrót, bo to on spowodował regres na większości płaszczyznach mojego życia.

Możliwość skupienia się na innych rzeczach niż jedzenie 

Przez ostatnie długie lata śmiało mogę stwierdzić, że jakieś 90% moich myśli związanych było z jedzeniem, wyglądem, chudością itd. Ciągle tylko „ja, ja, mi jest źle, bo zjadłam za dużo/za mało, chcę być chudsza, ale nie mogę, chyba ale chcę, ale nie wiem co z tym zrobić. Nie chcę tak żyć. Nie umiem inaczej żyć. Boję się jeść. Nie chcę jeść, ale muszę.. Co mam robić..” I tak w kółko. Wpędzało mnie to w paranoję i wiedziałam o tym, ale pomimo tego, że nie chciałam tak żyć, egzystować, a raczej wegetować to strach przed zmianą i utratą swojego statusu najchudszej osoby powodował, że bałam się poczynić kroki ku wyzdrowieniu. Doskonale wiedziałam co muszę robić żeby wyzdrowieć. Wiedziałam, że moim lekarstwem jest odżywianie się. Pomimo tego ciągle odkładałam to konkretne działanie w czasie. Strach przed nieznanym mnie paraliżował. Bałam się jeść jak człowiek, bo w swojej bezpiecznej strefie odnalazłam komfort i coś tylko mojego. Nie obchodziło mnie, że to było destrukcyjne. Przez cały ten czas wiedziałam, że to nie jest dla mnie dobre, że to nie może tak dłużej trwać, ale twardo trzymałam się swoich przyzwyczajeń, bo przecież tylko to było pewne w moim życiu. Coś co zależy tylko ode mnie.. Tylko z czasem okazało się, że tak wcale nie jest. Im dłużej utrzymywałam ten stan tym trudniej mi było funkcjonować inaczej niż w schemacie obsesji wokół jedzenia, a raczej unikania go na setki sposobów. Byłam jednocześnie wściekła, że ta kontrola jedzenia w tak ogromnym stopniu owładnęła mój umysł, że już nie mogłam się skupić na niczym innym. Całe dnie były przepełnione myśleniem o tym żeby nie zjeść, ale nie umrzeć z głodu albo o tym, że boję się zważyć albo o tym, że znów będzie awantura w domu, że nie chcę jeść, że źle wyglądam itd. Do tego dochodził ciągły strach, że zemdleję albo się nie obudzę. Doskonale znałam konsekwencje utrzymywania tak skrajnego niedożywienia. Nie wiedziałam ile ważę, ale wiedziałam, że.. nie jem i to jest przyczyną moich dolegliwości, ciągłego bólu pochodzącego z wszystkich możliwych miejsc mojego ciała. Byłam na skraju załamania nerwowego. Ten obłęd i nieustanne lęki spowodowały, że powiedziałam „Dość! Czas spróbować żyć inaczej. Zacząć żyć w ogóle. Zobaczymy co się stanie. Przecież gorzej już być nie może”. I stało się. Kiedy po mału pozwalałam sobie na wsłuchanie się w sygnały, które daje mi mój organizm, głównie w głód, który zaczął się pojawiać kiedy zaczęłam regularnie jeść, to próbowałam zamiast go ignorować, (traktować jako zwykły ból, który uśmierzałam np. tabletką przeciwbólową) to pozwolić sobie na zwykłą ludzką czynność jaką jest normalne włożenie jedzenia do ust. Przestać wmawiać sobie, że tak kocham utrzymywać stan głodu. Z czasem czułam się silniejsza dzięki temu, że pokonuję tak silne przyzwyczajenie, którym było ignorowanie głodu. Dzięki odżywianiu się poczułam, że w końcu mogę skoncentrować swoją uwagę na czymś innym niż jedzenie, anoreksja, wygląd, chudość, jedzenie. Po mału mogłam skoncentrować swoją uwagę na obejrzanym filmie czy książce. Znów mogłam wymieniać swoje spostrzeżenia z drugą osobą na temat fabuły tych dzieł literackich czy filmowych. Kiedy nie odżywiałam się czułam nieustanną senność, znużenie, brak motywacji do czegokolwiek i te ciągłe depresyjne, destrukcyjne autodestrukcyjne myśli.. Niekończące się poczucie bezsensu i zrezygnowania.. Jedzenie ma znaczenie i wiem, że pomimo tego, że najczęściej łatwiej powiedzieć to wszystko niż zrobić muszę się zmuszać do nie poddawania się i do konsekwentnego podążania nową ścieżką, na którą weszłam. Przecież nie chcę wracać do tego piekła. Już znam je doskonale. Chcę w końcu doświadczyć czegoś innego..