Natręctwa wynikające z pielęgnowanych obsesji


Ostatnio skończyłam jakże lotnym „Raz się żyje..!“. (to już dwa miesiące minęły od poprzedniego wpisu?!) Tak, trochę się dostosowałam temu zacnemu powiedzeniu. Podporządkowałam się potrzebom mojego ciała i teraz czuję obciskające mnie zewsząd spodnie i bluzkę. Nieustannie wzdęty brzuch, którego nie mogę się pozbyć.. Boli, jest twardy. Na pewno dlatego, że zaczęłam jeść po prostu kiedy chcę i co chcę. Znów kusi mnie żeby obsesyjnie zapisać co i kiedy zjadłam, ale wiem, że to droga do nikąd.. Nie robię tego od 2 września. Odkąd K. (mój coach, dobra znajoma..) powiedziała żebym codziennie zapisała co mnie dobrego spotkała zamiast tego, co zjadłam. Nie zapisuje codziennie „co dobrego mnie spotkało“, ale zaprzestałam zapisywać co jem. Orientacyjnie liczę kalorie i czuję się ciągle ociężała. Kości biodrowe nie sterczą, plecy powracają do normalności.. Powinnam się cieszyć, co? Chcę mieć normalne życie, nie chcę być przecież wytykana palcami ze względu na chudość. To powoli już przechodzi w zapomnienie.. Jeszcze 1 listopada ciocia chciała mnie zawozić do szpitala do Warszawy, a na Wigilii nawet słówkiem o tym nie pisnęła. 

Przecież chciałam i dalej chcę mieć biodra, tyłek i biust! To nie będzie proste ze względu na te przerażająco bolesne ataki wyrzutów sumienia. Dlaczego je mam? Bo się odżywiam? Bo mam ochotę na to – jem, mam ochotę na tamto – wezmę plasterek? A nie zapycham się otrębami z wodą.. Tak, wtedy czułam się szczęśliwa, tak? Uspokój się, proszę.

Wymyśliłam sobie nowe strategie radzenia sobie „z tymi myślami“, a mianowicie.. Pierwsza z nich to: Kiedy przypadkiem „za bardzo się powiększę“ (unikam słów tj. przytyje, roztyje. Przerażają mnie nieustannie) to zacznę publikować moją metamorfozę.. że niby specjalnie tak chciałam „wrócić do zdrowia“ i że jestem z siebie dumna. Tak naprawdę, w głębi duszy chcę być zdrowa tak na 100% a nie połowicznie, ale ta część krzycząca „Nie jedz! Chudnij!“ jest tak silna, że bardzo często ją uciszyć. Po co masz chudnąć, zastanów się, kobieto – mówi rozsądek. Robię kawę z mlekiem.. I idę po banana do kuchni.. bo przecież mam na niego taką ochotę. Dlaczego mam sobie odmawiać pożywienia? Tym bardziej jeśli nie jest to akt objadania się, tylko reagowanie na sygnał głodu płynący z mojego organizmu.. Dużo chodzę (w pierwszy dzień świąt miałam rano po zjedzeniu X miałam tak ogromne wyrzuty, że o szóstej rano „spacerowałam“ do 11:30 robiąc tym samym 20 km) aby się odstresować, ale głownie po to, nie oszukujmy się, żeby spalić jakąś część kalorii, którą przyswoiłam.

Drugą strategią jest myślenie z serii: „Dobra, jak mi przybędzie tu i tam, przypadkiem osiągnę normalny wygląd, wagę to będę pomagała takim dziewczynom z ed i na tym zarabiała, bo wiedzę teoretyczną mam, jak najbardziej. Teraz nie mogę tego robić, bo byłabym nieautentyczną hipokrytką. Dlaczego? Wciąż mam skrajną niedowagę. Poniżej piętnastu bmi.“ 

Trzecią (chociaż mało prawdopodobną) byłoby po prostu zaakceptowanie siebie z dodatkowymi kg i szerzenie hasła, światopoglądu „kochanego ciałka nigdy za wiele“ (hasztag plussizebeauty).
Przecież zawsze będzie ktoś chudszy, bardziej chory niż ja.. Pociesza mnie (wiem, to straszne), że leczenie specjalistyczne ED w ośrodku w PL kosztuje 10 tysięcy zł! (Ceny dochodzą nawet do 30 tysięcy). Dobrze, że nie jestem „aż tak chora“. Oby to nigdy się nie zmieniło. Daje rade, walczę. Nie poddaje się, chociaż jest bardzo, bardzo trudno.

Czwartą (równie nieprawdopodobną jak trzecia) jest zostanie imprezowiczką numer jeden tzn upijanie się do nieprzytomności, aby nie myśleć jak mi zle i jak bardzo sobie nie radze, jak bardzo siebie nie akceptuje. Przecież jeszcze pare miesięcy temu o godz.20 byłam tak zmęczona, zła i głodna, że szłam spać, a w tym momencie jeszcze o 2 w nocy mam energię i czytam, przeglądam strony, rozmawiam np. z M. To jest warte tych kg? (Dalej nie wiem ile ważę, ale ubrania też potrafią wiele „powiedzieć“).

Poza tym, jakby mi się tak naprawdę udało to.. odzyskałabym okres, byłabym w końcu fizycznie zdrowa.. Przecież nie jedząc, głodząc się szkodzę nie tylko swojemu umysłowi, który jest tak bardzo wówczas zafiksowany na jednym (ciągłe, natrętne myślenie o jedzeniu i tylko o nim) ale przede wszystkim ciału, które zaczyna zjadać samo siebie. Poza tym stan mojej skóry podczas dobrego odżywiania jest wręcz rewelacyjny..

Odchodząc od mojego głownego wątku rozkmin to.. Hmm, istotnym i wartościowym dla mnie spotkaniem okazało się to całkiem przypadkowe i niespodziewane w pociągu. F. Osoba, z którą ostatnio się widziałam bodajrze w 2012 roku u M., w jej mieszkaniu w K. Porozmawialiśmy całą drogę powrotną (a potem odprowadził mnie z Dworca PKP Raków aż pod sam dom) o.. w zasadzie o wszystkim. O naszych chorych rozkminach, o filozofii, życiu, sensie, bezsensie.. Do teraz regularnie piszemy na facebooku. Nie wiem czy coś z tego będzie, nie zanosi się na to.. Ze względu na to, że ja nic do niego nie czuję. Ech, to nie jest to. Chyba nie jestem aż tak zdesperowana.. Chociaż miłe były jego słowa (po tym jak żaliłam się, że „nie chcę skończyć na kasie“): „Jesteś za piękna na pracę na kasie“. Hej, nie ubliżając nikomu!

W końcu nawiązałam większy dialog z K. Kocham ją jak siostre i bardzo tęskniłam od naszej ostatniej rozmowy (bodajze wakacje 2012?) Te rozmowy są dla mnie takie ważne, że je gdzieś skopiuję do oddzielnego dokumentu, żeby przypadkiem nie zginęły.
I oczywiście były Święta! Były, minęły. Były fantastycznie rodzinne i ciepłe. Po Wigilii śpiewaliśmy kolendy, bardzo dużo rozmawialiśmy. Poszliśmy spać z O. o szóstej rano :D To było takie prawdziwe, takie dla mnie ważne i pomocne..

A po Świętach byłam z babcią na spektaklu w teatrze na „Ostrej jeździe“. Poza tym, że sztuka naprawdę udana (fabuła: Co się dzieję kiedy tracimy pracę? Szukamy nowej! Ale droga, którą przemierzamy, aby zdobyć wymarzone stanowisko może być długa i wyboista, a i poszukiwania mozolne. Co robią bohaterowie „Ostrej jazdy”, którzy z dnia na dzień utracili pracę? Postanawiają iść na skróty. Nie chcą walczyć o nową posadę i czekać miesiącami na zatrudnienie. Sami wymyślają sobie zajęcie! Wpadają na karkołomny i dosyć niebezpieczny pomysł – postanawiają zrealizować… film erotyczny. Wszystko wydaje się proste: trzeba tylko zatrudnić odpowiednich „aktorów” i ruszyć z produkcją, która przysporzy im mnóstwo pieniędzy! Wszystko zaplanowane jest w szczegółach…ale jak to w farsach bywa, sytuacja szybko wymyka się spod kontroli i bardzo komplikuje. A to z kolei powoduje mnóstwo śmiesznych sytuacji i zabawnych qui pro quo.) i wciągająca to głownie uderzyły mnie moje refleksje, które regularnie pojawiały się podczas występu.. a mianowicie myśli: „Ludzie mają talent, pasję, którą rozwijają.. A ja? Co robiłam/robię ze swoim życiem? Tracę energię na bezużyteczne dążenie do perfekcji, która nie istnieje.. która tak bardzo jest dla mnie destrukcyjna.. która tak bardzo zatruwa mi życie.. Odbiera radość życia. Nie chcę tak!“

Mam tyle planów i myśli w głowie. Ciągle chcę założyć tą „własną platformę z tłumaczeniami tekstów dot. ed“. Rozważałam też założenia bloga o całkiem innej, bardziej nowo medialnej tematyce, a mianowicie ‚screensspeak“ – aktualizacje snapchatowe (wstawianie zrzutów ekranu) sławnych, popularnych ludzi z zakresu show-biznesu, Youtube itp.
Poza tym muszę dalej intensywnie pracować nad tym licencjatem o Maffashion! Samo się nie napisze..

Druzgocący zastój


Bezwzględny zastój druzgocząco powala mnie na kolana.. Byłam wczoraj na umówionej wcześniej wizycie w Egomedica. Doktor P. na początku zadawała podstawowe pytania, o moje dzieciństwo, o studia, o to, jak się czuje.. W końcu przeszła na grunt anoreksji. Chciała mnie zważyć na końcu wizyty, a ja po prostu wyszłam z gabinetu. (Wcześniej zdążyła mi przepisać lek Asertin – przeciwdepresyjny, w przypadku zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych, lęku napadowego, zespołu lęku społecznego). Nie chcę się konfrontować z tą liczbą. Bez względu na to, jaka ona jest. Wiem, że jest większa niż tego chcę. (A kiedy nie jest większa..?) Mówiła oczywiście, że nie musi mi jej mówić, że chce mieć po prostu rozeznanie czy nie przyszłam tutaj w tragicznym stanie. Nie przekonało mnie to. Tak naprawdę głównym powodem, dla którego tam się udałam jest fakt, że potrzebuje załącznika do IOSa, którego sobie załatwiam. IOS czyli Indywidualna Organizacja Studiów z wybranych przedmiotów. W moim przypadku z dwóch – przedmiotu specjalnościowego, który jest poznym popołudniem we wtorek i porannego Sacrum w sieci w czwartek. Co istotne, zrezygnowalam z rozpoczetej psychoterapii u B. Wczoraj napisalam jej sms, ze prosze o numer konta, na ktory przeleje należność za pierwszą – konsultacyjną wizytę. Nie przypadła mi do gustu. Nie czuję, że to jest ta osoba. Muszę sobie sama poradzić. Czuję, że wciąż „czekam na odpowiedni moment“ żeby przełamać się tak na sto procent, ale i tak jest znacznie lepiej niż jeszcze na początku wakacji.. Próbuję się skupić na innych kwestiach mojego „życia“, ale czuję się taka samotna, że wciąż uciekawam w „bezpieczną sferę ed“. Myślę nad pracą licencjacką, nad swoim życiem po licencjacie. Nad swoim zdrowie i nad tym, jak M. ogarnie kwestie finansowe swojej uczelni. (Ma do zapłacenia za semestr). Mama nieustannie mi powtarza, ze nie jest specjalistą i nie jest w stanie mi pomoc. I tak mi pomaga.. Tym, ze jest i jeszcze ze mną wytrzymuje. Mam lekki kryzys, a to nie wstyd. Muszę się z niego podnieść. Jestem silna, chcę coś osiągnąć. Póki co domknę uczelniane sprawy, a potem pomyślę nad swoim rozwojem poza tą strefą. 

Około tydzień temu wpadłam na pomysł żeby zapisać się na wolontarat więc napisałam do Teatru Mickiewicza tu, w Częstochowie (Po wizycie u K. okazało się, że kobieta pracująca w Dziale Promocji Teatru i zajmująca się wolontariatem jest jej dobrą znajomą). W poniedziałek odbyło się spotkanie wolontariuszy o godzinie 15tej w sali BB na czwartym piętrze. Oczywiście się tam pojawiłam. (Szczęście, że w tym tygodniu akurat w poniedziałek nie miałam zajęć na uczelni, bo co drugi poniedziałek mam całkiem wolny). Zapowiada się interesująco. Dodatkowo, każdy wolontariusz za okazaniem legitymacji będzie mógł za darmo oglądać spektakle wystawiane w Teatrze. To mnie tak bardzo cieszy! Zostałam już dodana na facebookowej grupie do ich teamu. Nazywają się „Włos się jeży“.  Muszę przejrzeć całą ich działalność. Czym konkretnie się zajmują oprócz zaplanowanymi już akcjami pt. „Przebieranie się w zabawne, bajkowe stroje i chodzenie alejami w celu zapraszania na spektakl“. Chyba o to chodziło. Zobaczymy, co czas przyniesie. Byleby pozostać optymistą, widzieć pozytywy dnia codziennego. Czym tu się przejmować? Ania, raz się żyje, zrozum to w końcu!

Psychodeliczne pogmatwanie


Szeroko pojęte pisanie, zapełnianie pustych, białych przestrzeni dokumentu tekstowego lub żywego papieru towarzyszyło i towarzyszy mi odkąd pamiętam.. Już jako mała dziewczynka opisywałam każdy swój dzień podczas wakacji u babci. Potem na górskich szklakach, zdyszana przystawałam na moment na skarpie żeby przelać na papier ulotne przemyślenia. Potem odnalazłam się w psychologicznej psychodeliczno pogmatwanej plątaninie myśli. Pisałam tak, abym za każdym razem mogła interpretować moje słowa tak, jak tego aktualnie potrzebuję. Czułam się dzięki temu ekscentryczna. Cały okres gimnazjum i liceum przelałam na kartki pięknego zeszytu z Unicefu. Następnie, podczas półrocznym pobycie w szpitalu każdego dnia opisywałam swój dzień. Kogo poznałam, jak trudno mi tutaj, jaka jestem przerażona. Pomimo tego były momenty kiedy czułam się spełniona towarzysko. Miałam poczucie, że ktos mnie rozumie. Tak mocno. Kiedy wróciłam (końcówka 2009 roku), zaczęłam spisywać swoje obawy, zażalenia i radości w zwykłym dokumencie tekstowym. Robię to do dnia dzisiejszego. 
Trochę żałuję, że nie robiłam tego na bieżąco w sieci.. Możne nie byłabym z tymi myślami sama? Może ktoś podsunąłby mi twórczy pomysł (lub chociaż nakierował) jak wybrnąć z danej sytuacji.. Może uniknęłabym wielu załamań. Ominęłoby mnie poczucie osamotnienia?


Nie ma co gdybać. Ania, idz do przodu..

Zatopienie w objęciach iluzji


Wewnętrzny pęd do pisania powraca, a ma to związek ze zwiększoną wolą walki i niejako „malym wrzuceniem na luz“ w szerokopojetej sferze mojej egzystencji. Tak. Zauważyłam, że nowe wpisy znajomych dot diet czy odchudzania (nawet jeśli nie są one rażąco bezpośrednie), związane z wyglądem w ogóle mnie nie ruszają.. Chyba osiem lat „starzu w ed“ nauczyło mnie, że te myśli z serii „chcę schudnąć“ będą ze mną zawsze bez względu na to ile ważę i jak wyglądam. To są tylko myśli. Ja decyduje czy się im poddam czy nie. Co z tego, że zjem kęs więcej czy kęs mniej w tym momencie.. Patrząc na moje wakacje, widzę, jak bardzo moje ed mnie ogranicza, ile przynosi bólu, ile łez.. A pomimo tego nie robię nic żeby to zmienić. O, no może oprócz tego, że tak obsesyjnie nie chodzę i nie ćwiczę. Zle to wpływa na mój stan psychiczny.. Po tych „aktach aktywności“ jestem jeszcze bardziej zeschizowana, zestresowana, zaburzona i chora. (wpedzilo mnie to w te napady lękowe i nerwice.. Dobrze, ze juz minęły. Nie chce zapeszyc!) Tak bardzo marnuje czas, zamiast zająć się czymś innym. Czymkolwiek innym.. Hm, może życiem dla odmiany? Ciągle czytam publikacje dot ed, ciągle przeglądam te strony.. Wiem, ze to wynik samotności. To mi daje złudne poczucie, że nie jestem sama.. Że jestem w czymś ekspertem, że być może w jakiś sposób tą wiedzę kiedyś wykorzystam.

Póki co martwię się tym, że nie mogę się ogarnąć w kwestii pracy.. Niby mi zależy, ale tak naprawdę stałam się taka.. obojętna. Zawsze się tego obawiałam, tak, wiem.. ale mam już dość utrudniania sobie życia, stresowania się dosłownie wszystkim. Nic mi to nie daje. Wszystko przekładałam na jedzenie. Im bardziej się ograniczałam tym było „lepiej“. Ta, dla kogo.. Dla „wewnętrznego poczucia kontroli“.. że „jestem lepsza, bo praktycznie nic nie jem“. „Wszystko się wali, nic się nie udaje? Co z tego, nie zjem, to się liczy“. Przecież to jest nienormalne! To nie jest sposób na rozwiązywanie problemów.. Z czasem one się nawarstwiają i jest jeszcze gorzej. To jest ucieczka od prawdziwych problemów dorosłości. Od problemu ze znalezieniem pracy, partnera, z poradzeniem sobie w kontaktach międzyludzkich, ze swoją śmiałością czy też nieśmiałością.. I cały czas pojawiąjcy się głos w głowie „Nie chcę o tym myślec, wolę zająć się sferą ed. Chcę uciec w tą sferę. Odizolować się, nie myśleć o niczym innym“. Tak to widzę w dniu dzisiejszym. Analizując cały lipiec. Od pierwszego do trzydziestego pierwszego dnia. Każdy dzień taki sam. Pomijając ten Poznań i jeden koncert. Śledzę przebieg wakacji znajomych, lajkuje zdjęcia, całkiem obojętnie przeglądam galerie ich zdjęć.. Nie poddałam się, po prostu chcę się póki co wyciszyć.. Byłam tak bardzo przejęta i zdenerwowana cały czerwiec. Chciałam sprostać wszystkim trudnym zdaniom na uczelni, nie chciałam zawieść ani siebie ani nikogo z bliskich. (Wiem, uczę się niby dla siebie, ale nie chciałam pokazac, że „nie dam rady“) Ta, nauka dla bliskich.. I tak jestem straszną egositką. Tak intensywnie skupiam się na sobie i swoich uczuciach, że mam gdzieś, że ranię rodzinę swoimi nawykowymi schizami. Nie wiem, może okreslenie mamy, że „czekam na przelom/wielki deszcz/wielki dzien, ktory nigdy nie nadejdzie“ jest jak najbardziej trafne.. Chyba zacznę wierzyć w to, że chyba drastyczna, ekstremalna sytuacja jest w stanie cokolwiek zmienic.. Odmienic los takiego zawieszenia..

Co do S. (tak mi sie przypomnialo teraz) to dowiedzialam sie ostatnio, ze rzucila studia.. Wiem to od mamy, bo jej babcia od strony taty przyszlo do niej do pracy. Mieszka gdzies w W. z chlopakiem, wyprowadzila sie od mamy, ktora znalazla sobie nowego faceta. (Wczesniej bardzo dlugo byla z W.. Jeszcze te sześć lat temu, jak u nich bylysmy z mama w G. byli razem) Jak to wszystko sie zmienia.. Mam nadzieje, ze sobie poradzi. Mimo, ze tak straszliwie dlugo nie rozmawialysmy ma w moim sercu specjalne miejsce.

Spirala flash-back i praktycznie autentyczne działania


Odpowiedz sobie na pytanie – „Dlaczego chcesz utrzymywać bieżący stan rzeczy? (tzn podtrzymywanie mechanizmów chorobowych typu binge/purge – napad głodu i kompensacja przez ćwiczenia)“ „Co Ci daje za niska do Twojego wzrostu i wagi masa ciała?“ „Dlaczego to jest dla Ciebie ważne w tak wysokim stopniu żeby podporządkowywać całe swoje życie wadze?“ „Dlaczego widząc, że sobie nie radzisz nie pójdziesz do lekarza?“ „Dlaczego tak bardzo boisz się zmienić coś w swoim życiu?“ „Dlaczego nie chcesz wyjść z bezpiecznej strefy uzależnienia?“ Dlaczego, dlaczego.. Mogłabym mnożyć w nieskończoność tego typu pytania.. 
ale nie mogę powiedzieć, że nie zrobiłam postępów. Nie ćwiczę, nie chodzę obsesyjnie po każdym posiłku. Ile to mnie kosztuje nerwów.. Wiem, że to nienormalne i nie chcę sędzić reszty życia w tej obsesji. 

Zmieniając na chwilę temat. Udało mi się wyjść na Hip Hop Festiwal z A. Na miejscu spotkaliśmy K. i G. Koncerty rewelacja! Nawet nie spodziewałam się, że tak mi się spodoba. Mimo, że cały czas robiono mi zdjęcia to potem ich nie widziałam w galerii. Może są w jakiejś innej? Zerknę potem. Z resztą wisi mi to.. 

Dużo myślę ostatnio o tzw. swoistym coming-out (wyjście z szafy, jak to Michał określa) w kwestii anoreksji. Tak, ujawniłam się od razu po pierwszym pobycie w szpitalu w 2007 roku, ale teraz mam na myśli o takim coming-oucie ze zdjęciami.. Ze zdjęciem mojego wklęsłego do granic możliwości brzucha podczas pozowania w kuchni w czarnej bluzce z krótkim rękawkiem w kolorowe kropeczki. Za każdym razem kiedy w niej wychodziłam (teraz już tego nie robię, flesh-back’owe myśli są zbyt intenstwne, za bardzo bolą) to przypominałam sobie ten dzień kiedy pozowałam do tego zdjęcia. To był początek września 2008 roku. Około miesiąc po obozie harcerskim, podczas którego odżywiałam się energią słoneczną. Ostatnio często myślę o.. mojej twarzy z tamtego okresu. Porównuje ją z tym, jak wygląda teraz. Mam wrażenie, że teraz jest taka napompowana, opuchnięta? Okrągła..? Wypełniona. Nie podoba mi się to. Szczerze mówiąc – nie znoszę tego. Nie mogę się pogodzić z tym, że kiedy w miare normalnie się odzywiam moja twarz jest taka okrągła.. Kiedyś przypadkowo powiedzialam o tym mamie to krzywo sie na mnie spojrzala z dezaprobata. Nigdy nie nienawidzialam swojego ciala.. zawsze tylko myslalam sobie, ze ‚nie jestem przeciez az tak chuda-bez przesady‘ ale ostatnimi czasy naprawde nie moge na siebie patrzec.. Dlaczego tak jest.. Nie chce sie zwazyc. Boje sie. O ile pare miesiecy temu balam sie dlatego, ze wiedzialam, ze jest drastycznie za niska (czulam to nie tylko po ubraniach, ale tez na przerazajaco chude plecy) to teraz boje sie, ze jest za duza.. mimo, ze dalej czuje wystajaca kosc ogonowa i troche kosciste plecy.. ale i tak czuje, ze jestem cieższa. Moje napady glodu dalej swietnie sobie funkcjonuja. Rewelacja.. ale nie spalam juz tego jedzenia, bo mam dosc tej choroby i nie będę się jej poddawać. Trudno, pewnie na wadze jest wiecej, ale bardzo staram sie o tym nie myslec. Jak tak sie dluzej zastanowie to w sumie.. co z tego nawet jesli jest ciut wiecej? I tak jestem za chuda, kazdy mi to mowi. Anka, ogarnij sie. Nie masz okresu od 2007 roku. Tak bardzo kochasz swoje zycie z tym zaburzeniem?

Rany, co ja pisze.. Czy ja widze co ja pisze? Jestem taka sfrustrowana. Czuje sie taka ociężała.. Czuje sie zle! Porownujac okres kiedy w akademiku lezalam caly dzien i nic nie jadlam.. Wtedy czulam sie taka pusta w srodku, taka lekka. Ankaaa przestan.. Zamiast znalezc sobie prace, oderwac sie od tych mysli to ja sie tylko pogrążam.. Mam tego dość. 

Pytam sie po raz kolejny – dlaczego nie moge normalnie zyc, normalnie jesc. Przestac praktykowac te chore nawyki. Odrzucam, odtrącam wszystkich od siebie. Chociaz teraz i tak jest lepiej, ale to dalej jest to zycie pustelnika samotnika.. 

Bralam przez praktycznie caly lipiec leki antydepresyjne, ktore przepisal mi dr Popielarz. Musze przyznac, ze pomagaly, bo moje stany lekowe minely i moglam w koncu spac. Na poczatku spalam bardzo duzo.. wiec zamiast brac jedna tabletke rano i jedna wieczorem to bralam po polowce. Przeczytalam, ze dawkowanie jest zalezne od masy ciala, wiec tym bardziej musialam zredukowac dawke. 

Zapomnialam wspomniec o kilkudniowym wypadzie do Poznania z mama do Z. Tak, chyba juz wiem dlaczego. Wyjazd zostal zdominowany moim „niejedzeniem“ co jest oczywiscie brednia, bo jadlam, tylko nie z nimi tzn nie w porach ich posilkow. Maja calkiem odmienne pory jedzenia niz ja. Do 16 nie jedza, a potem po 22 i w nocy robia obiad i kolacje i wszystko w jednym. Super, a potem pretensje, ze niby nic nie jem. Mniejsza o to. Sprobuje sie skupic na innych „atrakcjach“. Bylo bardzo upalnie, wiec sama poszlam do Parku Cytadela (ktory ma 100 ha!) oddalonego jakies piec km od apartamentowca Z.. A sam apartamentowiec to istne cudo, mieszkanie jak z bajki, taras ogromny.. Bardzo chcialabym tam zamieszkac. Tym bardziej, ze wszedzie jest blisko. Do dworca glownego rzut kamieniem, do Starego Browara takze. Cudny park z jeziorkiem pare krokow od domu (widac go z okna). 

Razem bylismy na Rynku, spacerowalismy po okolicy. (Wszystko fotografowalam naszym wypasionym aparatem Nikonem za trzy/cztery tysie. Dobrze, ze nie zgubilam albo nie potluklam go „przez przypadek“!) Ostatniego dnia pobytu udalismy sie nad Jezioro Maltanskie (64 ha). Oczywiscie bylo to po godz 21, bo wczesniej bylo za goraco, wiec nie mialam sily obejsc z nimi calego jeziora.. Tak bardzo zaluje.. ale tego dnia mialam „gorszy dzien“ i za malo zjadlam i to dlatego. Tak, wiem, jestem beznadziejna. Ok, nie jestem.. nie mysle tak.. ale jak teraz o tym pomysle to naprawde moglam zacisnąć zęby i zjeść tego loda, którego mama mi proponowala podczas spaceru pare godzin przed wyjsciem nad to jezioro. (Super, ze nastepnego dnia po przyjezdzie, poznym po poludniem zjadlam a tu kęs chlebka, rogala z lukrem, ciasteczka, platkow, jogurcika.. i uzbieralo sie za dużo? (a może jednak ostatecznie za mało?) kcal to i tak potem siedzialam do konca dnia w domu, a jak wychodzilam gdzies dnia poprzedniego to oczywiście glodowka. Gdzie jest jakas logika w takim zachowaniu?) Po przyjezdzie juz do domu, kiedy mama rozmawiala z J. to ponoc jej powiedziala, ze nie chce (?) albo woli zebym nie przyjezdzala, bo ona nie chce brac odpowiedzialnosci za to, ze ja zaslabne albo cos mi sie stanie przez to, ze nie jem. Po raz kolejny – jadlam do ch.. tylko nie z nimi. I tak wlasnie wygladaja moje wyjazdy. Ciagle myslenie o tym co, kiedy, jak zjem. Paranoja.. ale dobrze, ze w ogole pojechalam. Wow, cud. Szkoda tylko, ze mialam podczas wyjazdu prawdziwe momenty kryzysowe, zalamania psychiczne.. Kiedy mama rozmawiala albo przebywala gdzies z Z. to ja lezalam na lozku w pokoju obok placzac, bo pojawialy sie stany lekowe i bole w klatce piersiowej plus bole brzucha.. Kompletne rozbicie emocjonalne. Dobrze, ze teraz juz jest lepiej. Od ok dwoch tygodni nie zdarzyla sie taka sytuacja. Pewnie dlatego, ze jem wiecej i nie spalam kazdej zjedzonej kalorii, nie dajac tym samym organizmowi energii na jakakolwiek regeneracje. Dobrze, ze zostalo mi troche zdrowego rozadku.

Ostatnio bylam na rozmowie z coachem Pania K. (pierwszy raz sie z nia zapoznalam jakos w marcu), ktora jest „prowadzaca“ moich praktyk, ktore mam zamiar zacząć od sierpnia. Maja trwac od sierpnia do konca bieżącego roku. Plan jest taki, ze bede jezdzic na wybrane imprezy masowe i „cos“ (?) przy nich robic. Zalezy co to bedzie za „impreza“. Oprocz tego Pani K. wyslala mi juz na maila zadania, ktore mam wykonac. Ustalilysmy, ze to bedzie teoretyczna część moich praktyk. Uczestnictwo w imprezach to ta praktyczna. Oczywiscie sa one w obrebie organizacji imprez.

Pierwsze zadanie – Klient prosi Cię o przygotowanie ofert malej formy kabaretowej dla uczestnikow szkolenia. Sugeruje tytul: 4 tony w wykonaniu p. B. Rozpisz, krok po kroku jak sobie wyobrazasz Twoje dzialanie zakladajac, ze jestes wlascicielka agencji artystycznej, ale na ten moment nie realizowalas jeszcze tego tytulu.
Drugie – klient zaakceptowal wszystkie warunki realizacji powyzszego tytulu. Jak myslisz, jakie dokumenty nalezy przygotowac? Rozpisz.
Trzecie – Jestes odpowiedzialna za promocje i marketing duzego, popularnego Festiwalu Muzycznego. Rozpisz mozliwe dzialania umozliwiajace mozliwie szerokie dotarcie do „odbiorcow“.
Czwarte – Masz w swojej bazie ofert bardzo dobry spektakl profilaktyczny dla mlodziezy. Jego koszt/cena wykonawcy to 3500 zl brutto. W jaki sposob wyobrazasz sobie opcje jego sprzedazy i co w kazdej z opcji musisz zrobic by na nim zarobic? Rozpisz dzialania.

Niebawem sie za to zabiore. (Musze jeszcze ogarnac ostatnią prace zaliczeniową na przedmiot „sztuka i multimedia“. Oby sie nie doczepil, jak za pierwszym razem. Jedyny typ, ktory mi zepsul idealny przebieg sesji letniej. Wszystkie egzaminy zdalam spiewajaco, co napawa mnie dumą. Czytam książkę „Sekret“ R.Byrne po raz kolejny. Ostatnio do niego zagladalam podczas podrozy w pociagu do Gdanska w lutym 2009 roku.. Tesknie za S. Od ok 5/6 lat z nia nie rozmawialam. Mimo to, wierze, ze kiedys sie jeszcze spotkamy!

Walka w amoku przerażenia


Jestem z siebie dumna. Mimo wszystko. Przełamuję się, po mału wychodząc z bezpiecznej strefy komfortu. Coraz bardziej. Coraz mocniej. Widzę, głównie po nogach, że waga nie stoi na drastycznie niskim poziomie.. Widzę to i paradoksalnie daje mi to spokój. Spokój, że nie wyniszczam się, nie katuję.. bo to, co robiłam będąc w akademiku to jakaś abstrakcja. Kompletna paranoja. Głodówki na najwyższym poziomie.. ale nie chcę do tego wracać. Skupiam się na tym, bo nie mam póki co na niczym innym.. Przed wczoraj miałam ogromny napad lęku, niepokoju, strachu o swoje życie. Wieczorem 2 lipca. Mama wtedy wyszła z Panią Kasią na spacer, a ja zostałam sama. Jak z resztą przez większość czasu. Miałam bardzo zimne i niespokojne ręce. Czułam nieustanny ból w klatce piersiowej, głównie po prawej stronie, ból karku.. Naczytałam się w Internecie o stanie przedzawałowym, o ataku serca i straszliwie się przeraziłam.. a w myślach obwiniałam siebie za to „jaka to ja głupia jestem“ że tak długo głodowałam. Nigdy nie nazywałam tego w ten sposób. Byłam jak w jakimś amoku.. Jak można jeść raz dziennie i to tylko gotowane warzywka z domieszka otrebow, ktore obniżają wchlanianie wiatamin i mineralow?! Co ja sobie myślałam?! Dobrze, że się ogarnęłam. Powtórzę raz jeszcze – jestem z siebie dumna. Niewiele potrafi samemu zacząć. Bez pomocy lekarza. Wracając do tamtego wieczoru – wzięłam krople Mentowal, przepisane od dr Popielarza w marcu. Biorę je regularnie od marca kiedy miewam takie stany. W akademiku też to często robiłam. (kiedy budzilam sie w nocy z glodu i nie wiedzialam co ze soba zrobic.. Chodzilam po pokoju i sfrustrowana powtarzalam w myslach „Co ja mam robic, co mam robic?! Pomocy!“) Na zmianę z kroplami żołądkowymi.. ale te zaś na ból z głodu. Raz jeszcze – co ja sobie wtedy myslałam?! Jak bardzo zaślepiła mnie ta choroba. (Tak. I tu kolejne przyznanie się. To jest choroba. Jestem chora. I się nie leczę.) 

Tego wieczoru nie wiedziałam, co ze sobą zrobić.. Tak bardzo sie przerazilam, ze zaczęłam się modlić. Mama przyszła, ale udawałam, że nic się nie wielkiego nie stało i juz jest lepiej.. Położyłam się u siebie, kontynuowałam modlitwę. Zasnęłam! Po mimo pełni księżyca, która zawsze powoduje, że nie śpię. Boże, istniejesz.. Ufam i wierzę.

Wczoraj poszłam do kardiologa. Nieustanne lęki, ataki paniki, budzenie się w nocy, ciągły stres. Tak nie mogę żyć. Wcześniej udało mi się „ustawić“ fryzjerkę (podcięcie końcówek o ładne 10, a może nawet 15 cm) a potem kosmetyczkę (regulacja brwi). Trochę mnie to rozluzniło. Po południu udałam się do tego lekarza, a ten z marszu wyskoczył z tekstem „O jeju, czy Pani od zawsze jest taka chuda?!“ A ja na to, że to dość trudne pytanie, bo.. od dawna, bo chorowałam na anoreksję, byłam w osrodku.. Od razu odp – „ale teraz jest wszystko w porządku?“ Na to ja, że trudno określić.. „Raz jest lepiej, raz gorzej“. Dalej zaczęłam opisywać moje objawy. Te bóle, te lęki. Zaczęłam się bardzo denerwować. On od razu stwierdził, że mam nerwicę i depresję.. Polecil lekarzy z Egomedica – centrum leczenia nerwic, na Wrzosowiaku, niedaleko przychodni. (Orientowalam sie cenowo – 60-100 zl za wizyte. Nie, dziekuje). Nastepnie zbadał mi serce. Powiedział, że mam „serce jak dzwon“ (zdrowe na sto procent). Problemów somatycznych serca brak. Rany, co za ulga! Przepisał mi „lekkie“ – jak to on określił leki antydepresyjne, uspokajające. Naczytałam się w Internecie mnóstwo negatywnych komentarzy, ale wiadomo, Internet „żadzi“ się wlasnymi prawami. Mnostwo w nim sfrustrowanych ludzi probujacych dac upust swoim zlym emocjom. Czest to, co pisza mija sie z prawda. Zalecil brac dwa razy dziennie. Tak tez zrobilam. I wczoraj spalam od popoludnia do dzisiaj czwartej rano.. wiec zadzialal, jak widac. Szkoda tylko, że czuję się trochę przymulona, otrępiona i ocięzala.. Musze mu to powiedziec jak tam pojde za ok dziesiec dni. (zalecil ponowna wizyte po tym, jak sie skoncza tabletki. Tych jest 20 w opakowaniu, wiec starczy na dziesiec dni). 

Naprawdę chcę żeby moje życie tak wyglądało? Emerytka gadająca o lekach i bolach? Dobrze, ze przynajmniej sie nie glodze.. Nie chce. Nie chce tak sie niszczyc! Jestem silna i dam rade. Przezwyciężę tą chorobę. Kolezanka mamy z pracy tak sie „zalatwila“ odchudzaniem, ze caly czas lezy w depresji w lozku, odprowadzaja jej plyn z osierdzia.. ale ona to jadla w kolko to samo i bardzo ubogo kalorycznie. Wspolczuje jej.. Anoreksja tak bardzo ja zaslepila. Tak bardzo zniszczyla jej mozg i racjonalne myslenie. Powtorze raz jeszcze – jestem z siebie dumna! Jem roznorodnie, duzo zdrowych rzeczy, glownie warzyw. Zaczelam jesc mieso, pieczywo, zbozowe produkty, nabial. Roznorodnosc. Tego potrzebuje moj organizm. Jest mlody i znow bedzie silny. Przeciez mam motywacje! Chce zeby ludzie postrzegali mnie jako szczesliwa, radosna osobe, ktora spelnia swoje marzenia, o ktorych tak czesto zawsze wspominala. Dziennikarstwo, aktywne zycie podroznika. Ania, przeciez musisz byc zdrowa zeby to stalo sie rzeczywistoscia. Poza tym jedzac w miare normalnie funkcjonuje calkiem inaczej. Mam siłę – to po pierwsze. Nie mam ciągłego wrazenia, ze cos mi sie moze stac, przez to, ze jem za malo. Chociaz, nie chce sie chwalic zbytnio, poki co.. Nie ważę się, nie wiem ile i czy w ogole przytylam.. ale czuje troche po ubraniach, po dotykaniu siebie, po stanie swoich rąk, po nogach najbardziej. Dobra, co ja wyprawiam?! Ciagle skupianie sie na sobie, ciagly egoizm. Michal upiekl pizze to nawet nie sprobowalam. To jest moje zwycieztwo? 

Dobrze, ze nie odmowilam mamie pojscia do kawiarni na lody. To znaczy ja lodow nie jadlam, ale zamowilam kolorowego drinka. Nie odmowilam – sukces. Nastepnym razem bedzie wiekszy ;) Poza tym przelamalam sie na tak wiele.. Poki co glownie mam na mysli sfere jedzenia.. ale od czegos trzeba zacząć. Tak bardzo się przemoglam.. Tak bardzo walczę. Czuję to. Nie poddaje sie. To bardzo wiele dla mnie znaczy. Nie czuje sie przegrana.

Unikanie i motywowanie uświadomione


Przełamałam ostatnio wiele swoich bezpiecznych stref, z których nie wychodziłam od tak dawna. Oczywiście mam na myśli sferę jedzenia. Od kilku(nastu?) dni jem o każdej porze dnia i nocy. I nie tylko warzywa. Dlaczego? Bo dwa razy zdaryzło mi się obudzić w środku nocy i mieć napad, kompulsywne, reactive eating.. i to jest straszne. Okropne uczucie braku kontroli i ten piekielny głód.. A potem rygorystyczna głodówka do końca dnia. (która przynosi mi dużo satysfakcji i „siły“, ale wiem, że to złe, złudne) Nie chcę tego. Już wolę zjeść dosłownie kęs lub dwa normalnego jedzenia o tej „zakazanej godzinie“, którą były godziny od szesnastej do czwartej rano dnia następnego. Po co mi takie reguły? Co one mi dały przez te wszystkie lata? To nie ma żadnego znaczenia. Muszę sobie uświadomić, że to wszystko jest w mojej głowie.
(Chociaż nie ukrywam, że na dniach znów chcę wrócić do poprzedniego stylu odż..)
Tęsknię za K. i S.. Tak mi się teraz przypomniały. Może dlatego, że spędzałam z nimi czas wtedy kiedy byłam całkowicie zdrowa.. Jeszcze przed tym całym syfem.
Czuję się tak wewnętrznie rozbita. Tak zagubiona i wciąż niepewna. Dzięki swojemu uporowi i nieśmiało tlącej się woli życia wciąż walczę i się nie poddaję..
Unikam kilku ludzi z dzieciństwa, bo nie mogę pozbyć się flashbacków. Chcę zacząć wszystko na nowo. Gdzies indziej. Póki co to niemożliwe, bo studiuję tutaj.

Podczytuję profile na Instagramie dziewczyn – Amalilee, Healthly_vansi i Fightthepoop. One bardzo pomogły mi. Sprawiły, że wciąż żyję, naprawdę. Ich teksty mają moc sprawczą. Aż mi się wierzyć nie chce..
„A few days ago, I had a dream. Not methaphorically, I literally had a dream. A nightmare. I dreamed that I was 29 years old, and I got the sudden realization that I had wasted my life away. I was lonely, anorexic and depressed. I was where I am now and had been ever since because I never fully embraced recovery. I realized it because I met a previous friend, a friend I in real life lost because I pulled away when I got sick. She was also 29, healthly and of normal weight, and she had travelled the world with her boyfriend. I remember the extreme hopelessness, bitterness and regret I felt. Why couldn’t I have fought harder when I was young and still had the change? Of course you can still recover at age 29, but I had lost my youth to nothing. When I woke up and realized it was a dream, I felt so relieved that I almost cried. Let me put it this way; my breakfast has never tasted better“ – z Instagrama @Amalielee

„So there’s something on my mind again: putting yourself in some sort of comfort zone, doing enough to just survive but not enough to fully take the plunge either – is this what you call recovery? Or even worse call „living again“? Still harming your health by staying a little underweight just to keep your status of being the sick poorl little girl that needs to be worried about, still being the one that always has exuse to not participare in spontaneous actions, still convincing yourself that you only eat quest bars instead of real chocolate because you prefer the taste of healthier stuff? (...) If you don’t take the plunge, accept a normal weight, a normal shape with maybe some belly fat or any other ‚problem zone‘, a proper food intake and stop all the sick routines you still cling yo you’re not giving your best and you won’t achieve the best. If fully recovery is possible we have to fully dive in, put all our effort in the process and push through any struggle – no matter what. Rant end.“ – z Instagrama @Healthly_vansi
Taa, „little underweight“. Ponizej pietnastu od ładnych paru dlugich lat. Dlaczego tak bardzo nie mogę zaakceptować normalnej siebie.. Co mi to daje..

Chociaż i tak jest na pewno „lepiej“ niż było jeszcze w lutym czy marcu. Jak ja mogłam jeść tylko wczesne śniadanie, jakieś warzywa i tylko tyle.. przez cały dzień. W domu jest inaczej. Mam wrażenie, że cały czas mnie „ssie“.. ale stop stop. Nie chcę się skupiać tak na jedzeniu. To bardzo drażliwy temat. Cały czas podświadomie chciałabym żeby go nie było. Nie byłoby problemu. Ciągłe myślenie o nim. Analizowanie. Mam tego tak bardzo dość. Chcę żyć inaczej, ale nie wiem, w którą stronę zrobić krok. Dobrze, że chociaż się nie ważę. Ostatnio to robiłam jakoś podczas świąt wielkanocnych. Z tym, że i tak tylko stanęłam na wadze jedną nogą żeby tylko „wykonać rytuał“ – nie wiem ile ważyłam. Obawiam się, że to była moje najniższa waga jaką „osiągnęłam“ podczas chorowania. Tak. Przyznaje się, chyba pierwszy raz, prosto i bezpośrednio. Jestem chora. Te wszystkie chore reguły, jedzenie tylko między czwartą a piątą rano. Potem parę godzin pozniej i to wszystko. Dlaczego? Bo mam wrażenie, że mogłabym jeść non stop i boję sie przytyć. Taka prawda. A tak to „załatwię sprawę rano“ i mam spokój na cały dzień. Co z tego, że wieczorem umieram wręcz z głodu. Nie wiem jak to przerwac. Często wstaję w nocy.. więc jaki to ma sens. Nie wiem. To wszystko jest tak bardzo zakręcone. Tak bardzo zaburzone.. ale wiem, że nie mogę się poddać temu zaburzeniu. Nie chcę zniszczyć sobie życia! I tak żyję z poczuciem straty. Marnowania czasu i życia na bezsensowną egzystencję z ciągłym liczeniem i spalaniem kalorii. Ciągłym oglądaniem siebie, swoich kości i niekości. Stopień ich wystawania i niewystawania. Co za paranoja... Gdzie ja jestem i dokąd zmierzam?
Niech to do mnie przemówi w końcu... (wszystko z Instagrama @Healthy_vansi)

„Life is about more than wishing to be worried about. Being ill might be a comfortable exuse to avoid responsibility and growing up – but is it really worth wasting this one and only life you have? Is it really worth losing your friends and isolating yourself from everyone and everything? No. Life might have its struggles, ups and downs. But whether you face it weak and sick or healthly and strong definitely makes a difference. An eating disorder limits your view, you only see the negative things, you’re simply too weak and distracted by food and calories to see the joys of life. Now, if you let go of all that disordered stuff you probably feel lost, like you’ve got nothing left, empty and lonely without that obsession that filled your days and life for so long. But you know what? This phase is necessary. You need to be free from any disordered behaviour in order to find something healthly that gives your life a sense. Friends, hobbies – all these things that matter need time and patience. But you cannot basically expect them to happen and be there at once. You need to fight for them, try them out again and again – just then you’ll might experience that you don’t want to give up these things for your illness anymore, that it’s not worth it. Give yourself time and endure – you surely not alone with this“


„If you feel comfortable with your sick routines you're kidding yourself. In fact, malnourishment and/or underweight confuse your own brain. You feel energized and fit with xx kg underweight? Haha - it's your body desperately trying to survive, to accumulate every little energy resources that are left. But you cannot go on like this. You will die. You are not the unicorn who can stay sickly thin but at the same time manage a successful fulltime job, a family and enjoy food without negative thoughts at the same time. In fact, you probably won't even get the chance to experience such things if you stay sick. Recovery is hard, I know, but in my opinion, a slow overwhelming death is even harder.“


„Recovery doesn’t need to be justified by a low weight or any ‚stage/severeness‘ of eating disorder. You won’t feel ‚ready‘ to face your fears either. The sick part in you won’t get more silent by you waiting for the right moment to start recovery. No, with ‚just xx‘ pounds less you won’t be more ready to change something. In fact, you’ll be even more obsessed and sick, less likely to start recovery. You don’t need to everyone around you tell you how sick you look, that you need to gain, that they are soo worried about you, to be wotyh living, stepping out of the hell you’re creating yourself. Recovery is a thinkg you choose yourself, you need to push through yourself and you’re doing for you yourself – for nobody else. And not for boobs and bum either, but for your health, your happiness and your life. As these things aren’t measured in weight, fitness or calories or by what others do/say, recovery is a process that needs you full attention, all of your strenght. Focus on yourself, do it for yourself and don’t weight for any extern motivation. You yourself should be your motivation!“ – healthly_vansi
 

„I know that there are many of you struggle with ‚triggering‘ people all around them. I know myself how hard it is to cope wth silly phrases like ‚oh I need to lose xx pounds‘ or ‚man, I’ve skipped breakfast, so proud of myself‘ etc etc etc – I know that these words make so many slip back, feel less worth or even makes them freak out. But in fact, all this shit musntn’t even bother you. Easy said, I know, but think about this scenario: somebody tells you he’s on diet (without any serious purpose, going to mc donalds the evening after) and you decide to do the same because a childish voice in your head tells you that ‚if she’s allowed to do that, I am as well, I need to fit into the healthly society‘. Now, if the ‚somebody‘ skips lunch his body most likely will show him more hunger later on or at least he won’t lose weight due to that one meal as our body’s a clever thing. You instead wouldn’t automatically lose weight due to one skipped meal as well – but there’s another even more dangerous effect: one skipped meal will make your braing want another one, and maybe a bit exercise as well and oh, 5g pasta less, aaand so on and on... A slippery slope, you know it yourself. But the good thing is: you can prevent it. You are able to think, you are able to reflect your actions – if you want to. If you don’t want to slip back you won’t. It often need force but you know the words ‚force yourself to your own luck‘? That’s what recovery about“


„I see people seeking reassurance and asking things like ‚how do you feel doing xy? Considering trying it too‘ (of course only if it makes you feel like super man in person, a fairytale of recovery, no struggles, no pain). Now, the truth is: you won’t find a method like this. Recovery is not always bright, food and eating is not always a total mouth orgasm and the guilt won’t fade away ower night. As well as gaining won’t give you ‚THEM boobs ‘n‘ THAT ass‘. If you truly want to recover, accepting a normal, individual body is your goal. Accepting that you won’t always eat perfectly balanced and after your plan. Accepting that you sometimes feel so guilty that you want to give up. But you know that? That’s okay. It’s okay as long as you don’t give up and push through. Because it gets easier by the time. You may experience that you suddenly care less about the perfect body and focus more on the real joys of life: friends, a true laughter, a passion. And you may experience that the guilt will get smaller. Yesterday I had lunch bt afterwards I was still so hungry that I ended up eating the left overs of mum’s oily pasta bake as well. And I did felt guilty yes, but I decided to endure. I distracted myself and realized that with some distance, this wan’t the end of the world. The human body is clever and has its reasons to show us hunger signals, it’s okay to trust them. So please guys – don’t give up because it’s hard. It HAS to get harder to get easier – and I promise it will“ 

„Life is already hard – why making it even harder by depriving yourself of energy? I am so sick of being tired and weak and all I want is feeling energized and strong again. Because I want to achieve something in life, I want to use life’s opportunities instead of isolating myself and vegetating in a life threatening disease. But this takes energy – and I am ready to accept weight gain, bloating or some belly fat if I can enjoy things againg, if I’ll get my real personality back.“

„I won’t force myself to hours of exercising ever again as I just don’t want to waste my lifetime like that anymore. I am a bit annoyed by people drowning theirselves in self pity. Put yourself together, stop waiting for the magical da whn you’re going to change or someone will heal you over night. Recovery is hard, weight gain is hard, giving up obsessions is hard. But no one can tell me it’s not possible. If you don’t WANT to change, then you won’t change, be honest to yourself. You can exist with anorexia – but can you LIVE with it, too? Do you want to end up being 60 years old, depressed, lonely, damaged just because your thigh gap satisfies you and gives you the feeling of being worth something? Being in control? Haha, that’s funny. In my opinion being proud of a body that is healthly and energized, strong and that always protect your life no matter what you’ve done to it, making peace with that wonder of nature and having achieved a REAL balance in life – maybe including some extra fat on your thights – is definitely more appealing.“

„Do you really want to be ‚the girl with those skinny legs‘? The person ‚that seems to be able to live a day without food‘? The ‚poor sick one‘? Do you really think this kind of attention is positive? No. It’s either pity, sadness or even anger. People get scared of you, don’t dare to contact you. And you think it’s because you’re not thin/sick/etc.enough. In fact, the only solution would be to finally start getting better, to regaing your glow, your energy, your life. People like others when they are healthly and funny, ready to go out spontaneous, having a great time together. An eating disorder makes this impossible. It steals your energy, your happiness, your motivation to live – you lose your feelings and feel numb.“


„It’s no solution to run away from fears or to avoid them, restricting or relapsing however definitely is a way of doing that. You avoid life – you escape from challenging situations, avoid taking responsibility for mistakes, surpress any kind of negative emotion like sadness or anger. But have you ever considered the other side? You also avoid the positive sides of life – a challenging situation can also lead to pride, mistakes teach you how to do in the next time and make you more human in others eyes, emotions can be positive: love, happiness, pride. You also avoid lovely trips with family and friends. You avoid development and growth (inner – and outterwards) and you deprive yourself of the joys of life. And all this because some skinny legs make others think ‚oh she’s so vulnerable and fragile, don’t critize her in any way‘? It’s not worth it, it’s not worth to pay for that with nothing less than your life.“


„I started restriction as it seemed like the only thing I could ‚improve‘, the only way to show my ‚abilities‘ – I was so wrong. Restriction is neither a sign of control nor wll it ever make you beautiful or even make you feel better about yourself. No matter how many kilos you lose, you’ll never be satisfied because this is just not the problem. You want to solve severe problems by the wrong coping mechanism, the wong ‚solution‘. It might be correct, that an eating disorder gives you safety and hold-apparently. In fact, it destroys you. YOU are destroying yourself for some irrational reasons. Your paying with your life for staying in routines, for avoiding the real adult life, for holding your family together or whatever might be your real reason – not your disordered ‚I just want be skinny and not fat‘ – reason. There is so much more behind that. And as long as you only focus on meal plans, your daily ‚body image‘ and ‚fear foods‘ you’re not going to solve the problem and recover properly. It’s true that proper nutrition and healthly weight make you feel better and less sensitive, but you need to work on the reasons behind all that food and weight coverage, too. But as long as you don’t start, face your fears and take the plunge to real recovery, you’ll never get better but die. There is no magic pill and no one can heal you – YOU had/have the power to destroy yourself. Why not turning things around and put all that energy in recovery?“


„Do you really think losing weight will make you happier when you’re actually not obese or sickly overweight? Do you think flat stomach, a thigh gap or whatever will be the next trend (a bum serving plate?!) will give you true self acceptance when in fact you force yourself in any shape and ideals, surpressing the ‚real you‘? Constantly worrying about calories, weight and food will only make you lonely, depressed and sick in a long time. The 500gr you lost today won’t satisfy you long enough, soon you’ll feel not content again. It’s a vicious circle without light at the end of the tunnel. Why not starting to try something else? Because everything new seems to be scary. Giving up routines is scary. Leaving a maltreated body which you got used to over the time is scary. But it’s the only option to find peace with yourself. No one will force your magically heal you, you need to push and fight yourself through this. But isn’t it motivating to think of waking up without the urge to jump on the scale? To go out with friends instead of denying because there’s the ‚danger‘ to eat something? To be able to found a family, be an idol to other or maybe even a great mother to uplooking children? What do you want to be able to say at the end of your life? I achived a flat stomach but was unhappy and punish myself all my life, wasn’t able to enjoy the goods of life and found myself isolated and alone on a treadmill day by day? Me not. Definitely not.“


„But I knew I had two options now: either slipping up, stepping back again out of fear just to find myself at exact the some point I was for years – OR I could accept it, distract myself, put myself together and bite the lemon but having at least the chance to be happier and healthier some day. – I chose the second option, I choose it every day now. Start to takie responsibility for your own life. You don’t need parents forcing you to eat, calling doctors for you or make sure you provide your body with basic care the every child is able to do. Let’s stop taking our illness as an exuse for literally everything – it’s not worth destroying our health for this. Someday we’ll have to face those responsibilities no matter if we are sickly malnourished or healthy, we cannot flee from it all our lives long. But nourishing your body will make you stronger – mentally and psychically. You ARE able to handle life even if there are always ups and drowns. Give it a chance – nothing is worse than dying because it’s too late to chance if you’d like to..“


„I often get asked how to deal with guil after eating, when ‚ana gets loud‘.. Well, first I want to say that I never used expressions like ‚ana told me..‘ as there simply is no other person who forces you to starve except than yourself. You choose to be healthy or not. You choose to eat or starve. You deprive yourself of life or give it a chance by recovering – I know it sounds harsh, but sometimes I get the feeling that some on here drown themselves in so much self pity I cannot believe it’s actually no fake. It’s okay to struggle but you need to take responsibility of your own life. You cannot stay that sick, little anorexic that needs to get cared of, tha has an exuse for everything because of this illness. At some point people will get annoyed, people turn their backs to you. Don’t let that happen. Choose life over self punishement. And yes, I know this is not easy, in fact it may be the hardest thing you ever did. But it surely won’t be worse than spending your (probably quite short) life staying sick. When I feel guilty and like giving up I always remind myself of this – I admit I often feel like I don’t have any motivation or goal that keeps me going. But in fact you cannot have a goal if you’re stuck in disordered thoughts, they make you blind for everything exept food and calories. You need to let go of it first, probably struggle through a phase of ‚nothing‘ (as your ed was everything you had) until you can find something that gives you more than starving did, something substantial. It takes time, patience, endurance – but we are not alone. We are allowed to seek help we need it.“

„There always will be someone thinner, fitter, sicker. But you need to realize that life is no competition as the battle leads to nothing else than self punishment and depression. It’s okay to be ‚weaker‘ than others. What matters is luck, happiness, contantment – I encourage you to start accepting yourself the way you are naturally, not the deformed and forced you, the REAL you. Yeah, that may means to accept a little belly fat or your naturally frizzy hair. But it also means being able to give people a real smile, a warm hearted hug and eating a cheesy pizza at night time (and I mean seriously, if this last point doesn’t convince you I am done).“

„Laying in bed thinking of my ‚big change tomorrow‘ that actually wasn’t going to happen because I knew procrastrinating things wouldn’t make me recover – no fun, it was horrible. An eating disorder with all its physical and mental effects is terrible. But there is no third person you may call ‚ana‘, no one keeps you from eating and facing fears exept yourself. Chose recovery and endure. It’s a path full of struggles but it will be worth it someday.“
  „You cannot lead a proper life with this illness. You may exist, but no live, neither love, neither flourish. And this existance won’t last long as well. Eating disorders are deadly. And not only for those BMIs like –ish or those who purge their soul out of their bodies. You can faint so many patients who died so surprisingly that no one expected this horrendous incident – as blood result have always been fine. Your body hides the damages for so long until it is too late. Start fighting before it’s too late. Before you lay in hospital and need to be reanimated. Before your family cries at your grave. Your eating disorder never will feel sick enough.“

„The only ‚achievement‘ you’ll make is self-destruction, unhappiness, self-hatred. Because you casically cannot run away your whole life lonf. At some point you just need to fae your fears (no, not your ‚fearfood‘ but REAL fears like growing up) and make it through – either malnourished and depressed or energized and healthly, having enough power to cope with the situation and problems. Now.. It’s your choice what you aim for. You cannot expect that at some point you’ll be rescued by the magic cure. The magic cure is basically you yourself. Your willpower, your mental strength. And believe me, there is loads of it. Anyone who had the power to destroy him/herslef as well have power to get out of it as well.“

Kłamstwa oplecione w piękne słowa


Wszystkie marzenia i motywacje lecą w próżnię. Nie widzę postępu. Stoję w miejscu od tak dawna i nie mam pojęcia jak to zmienić.

Wczoraj dowiedziałam się od mamy, że O. rzucił studia, bo jego dziewczyna – M. nie została dopuszczona do matury. Oskar wyprowadził się z domu i mieszka u niej. Postanowili, że wyjadą do Stanów Zjednoczonych i tam znajdą pracę. Moja pierwsza reakcja – totalna głupota, paranoja, strasznie niedojarzałe zachowanie.. ale po przespaniu się z tematem stwierdzam, że trochę im zazdroszczę. Tej spontaniczności i zapowiadające się młodzieńczej przygodzie. Bez względu na to czy będzie obfitowała w te pozytywne czy te najgorsze w ich życiu.. ale COŚ się dzieje. U mnie ta stagnacja powoduje, że odechciewa mi się żyć. Tylko ta uczelnia.. Potrzebuje bliskości, a nie mogę jej znaleźć wokół siebie. Wszyscy ludzie, którzy mnie otaczają są dla mnie jak obcy, pomimo tego, że przecież się znamy i rozmawiamy ze sobą. 

Od wczoraj zaczął się długi weekend majowy, bo zrobili nam dzisiaj rektorskie. Całkiem niespodziewanie. Mama planuje pojechać do Z., a M. jest już w Częstochowie od około tygodnia i jutro wraca do Wrocławia. B. tam została. Wróci do niej i spędzą razem majówkę. Jak normalni 20-latkowie.. 

Gdzieś się porządnie zagubiłam, szukając poezji i wyższych idei wśród swojego zaburzenia. Próbując przypisać ideologię swojej destrukcji.. Oplatając je w piękne słowa łudziłam się, że kiedyś nadejdzie „dzień mojej przemiany“.

Uzależnienie od autodestrukcji


Czy walczę..? Utrzymuję bieżący stan rzeczy. Pielęgnuję nawyki. Mam tego dość, ale na chwilę obecną, absurdalnie, mam wrażenie, że to utrzymuje mnie przy życiu/egzystencji. Nie mierzę się, nie ważę. Boję się tego, bo wbrew temu, że mam zaburzony obraz siebie widzę jak wszystko na mnie wisi i tu i ówdzie wystaje. Przez to, że „przez przypadek“ tak znów wychudłam wróciły moje objawy ze zdwojoną siłą. Jak to zauważam? Prawie stu procentowe skupienie na obszarze wagi, wyglądu, jedzenia. Spanie popołudniami, brak energii, zero realnego życia. Czuję się oderwana od rzeczywistości.

Zaznanie swobody kompletnej i spokoju duszy


Poziom mojego zmęczenia tematem przekracza wszelkie normy. Jestem atakowana autodestrukcyjnymi myślami nieustannie. Budzę się w nocy mając koszmary realniejsze od moich wyobrazen realności snów. Miewam kryzysy egzystencjonalne nie do opanowania. Mimo wszystko nie poddaje się. Szukam pomocy i wsparcia w dążeniu do.. zycia. Tak. Wspieram się pozytywnymi, motywujacymi haslami, ale przede wszystkim czytam niezwykle pomocne przemyslenia dziewczyn zdrowiejących z ed, pochodzacych zza granicy. Pisza na instagramie pod pseudonimami Amaliee, Healhly vansi, Fight the poop, Lord still loves me. Szczerze marzę żeby je kiedyś poznać na żywo.

Może to zabrzmi kuriozalnie, ale.. one uratowaly i ratuja mi zycie kazdego dnia. Ich wpisy, przemyslenia stricte zwiazane z trudami wychodzenia z zaburzen postrzegania swojego ciala i stosunku do odzywiania sie tak silnie do mnie trafiaja, ze przekladaja sie na moje postepowanie. A tego jeszcze nie bylo..

Poprzez umiejetne zadawanie pytan i przezyc z poziomu autopsji popartych dowodami pozwalaja mi zrozumiec, ze moje mysli i dzialania sa irracjonalne i tylko psuja mi zdrowie. Zarowno psychiczne jak i fizyczne. 

Wszystko jest po angielsku. Później je rozkminie i (może) przetłumaczę z angielskiego na polski, bo teraz oczy same mi sie zamykaja. 

Mialam dzisiaj kolejna prezentacje na uczelni. Zajecia pozwalaja mi sie oderwac od tych mysli, ale muszę przyznać, że nie na dlugo. To takie ulotne.

Jestem na siebie zla, ze tak stoję w miejscu. Drastyczna zmiana to to, czego potrzebuję. Tylko na jakiej płaszczyznie? 

Tak bardzo nie chce byc samotna. Siedzę w akademiku i tylko odganiam od siebie pełne rozgoryczenia i zrezygnowania myśli. Nie chcę pozwolić aby motywacja i marzenia nagle zniknęły.. żebym stanęła się obojętna. 

Nie chcę umrzeć za życia. Być zjawą kryjącą się przed dorastaniem i ludzką rzeczywistością przesiągniętą trudnościami, zmianami i nowymi wyzwaniami. Nie chce epatować negatywną energią.

Naprawdę tak bardzo chce coś osiagnać. Byc szczęśliwa, tak po prostu.. 

Żyć pełnią życia i poczuc sie wolną.. Zaznać swobody kompletnej i spokoju duszy. Tak trudnej do osiagniecia. Jeszcze trudniejszej do utrzymania...

Złudny mechanizm kontroli


Ukradkiem przemykam się przez kolejne martwe doby. Nigdy nie chcę robić z siebie ofiary losu, dlatego postanowiłam tak przystopować z pisaniem.. Moje myśli skupiają się wokół zaburzenia postrzegania. Siebie, odżywiania swojego mózgu, organizmu, ciała.. Jakiego ciała?! Nawet boję się zważyć. Ledwo co staję na wadze i się cofam. Nie chcę tego widzieć. Już prawie zauważyłam. Przeraziłam się. Nie chcę mieć tej stu procentowej pewności, bo tak mało jeszcze nie było. Mniej niż trzydzieści pięć przez cztery, przez trzy.. Aż do usr.. zero! Tak, to jest to, do czego dążę? Zero zero zero. To mnie usatysfakcjonuje?! Jestem zła.. Dlaczego ja to sobie robię. Dlaczego podtrzymuję ten mechanizm dający mi złudne poczucie kontroli..

Ludzie chcą się ze mną integrować. A ja ich odrzucam. Nie chcę tego. Ostatnio jeden z moich sąsiadów z piętra, z akademika spytał się wprost czy robię coś wieczorem i czy nie chciałabym się z nim poznać. Skłamałam, że już jestem umówiona. Oczywiście była to nieprawda. 

Czwarta rano. Typowa godzina do pobudki. Wstaję między czwartą a piątą już od bardzo dawna. To taka pora mojego comfort zone na odżywienie się.

Naczytałam się tych wszystkich motywujących do działania, do zmian, do wychodzenia ze sfery komfortu książek, ale.. one są jałowe, płoche. Nic nie dają. Nie działają. Jestem zakleszczona w puszeczce bez wieczka do otwarcia. 

Co ja piszę.. Po prostu jestem na siebie strasznie zła. Nie chcę doprowadzać się do stanu kiedy przez ból głowy i brzucha nie mogę wstać z łóżka. Aktualnie mam tylko rano energię na cokolwiek.. A tak bardzo chcę być silna. Zrobić COŚ z czego będę zadowolona, czym będę mogła się pochwalić przed światem. Powiedzieć: „Tak, to moja zasługa. Tak, to moje dzieło. Ja tego dokonałam“. Póki co mogę się pochwalić ekspresową utratą masy ciała.. Tak, to mi wychodzi doskonale. Ścisła kontrola.. ale nie jestem jedyna. To nie jest „dziedzina“ w której chcę być najlepsza. Chcę być dla siebie dobra i dbać o siebie.. a także o swoją rodzinę, którą tak bardzo ranię.

Mimo to dalej mam nadzieję, wciąż wierzę w pozytywny przebieg sytuacji.. Jestem silna i dam sobie radę. Muszę. Ta mała (?) pozytywna myśl, iskierka, która tkli się we mnie i nie pozwolę jej zgasnąć sprawia, że chcę walczyć, bo mam po co.

Wizja permanentnego zobojętnienienia


Podpisuje się pod każdym skrawkiem wcześniejszego postrzegania i postępowania. Wszelkich opisów mojej egzystencji. Teraz, poprzez pryzmat spędzenia tych kilku dni w domu, w Częstochowie (wróciłam z Katowic, z akademika na przerwę międzysemestralną, ale mam zamiar chyba już jutro jechać tam z powrotem) mogę z całą pewnością stwierdzić, że zaliczyłam nawrót. Nie permanentny, nie ten, który powoduje zobojętnienie na otaczającą mnie rzeczywistość, ale ta, która powoduje relapse in my ed i wszystko, co się z nią, w moim przypadku wiąże tzn wystające kości biodrowe, ogonowe i tak dalej.. plus obsesyjne robienie sobie zdjęć w tym stanie.. Pytam się, samej siebie – czy to się kiedyś skończy? Co ja z tego mam? Taka się czuję szczęśliwa, mając 21 lat, będąc tak skupioną prostolinijnie na jednym i tym samym?
To zaczyna się wówczas, gdy płeć przeciwna zaczyna zwracać na mnie uwagę. Tak, wtedy wiem, że lepiej wyglądam, dlatego podświadomie szybko chcę znów wrócić do punktu wyjścia. Tak jest od lat. (Jak to brzmi..)

Pomimo tego, że często padam (dosłownie) i biadolę to w głębi duszy mam te swoje marzenia, do których dążę. Chcę podróżować, chcę poznać fantastycznych ludzi, chcę żyć pełnią życia, chcę żyć chwilą, chcę wycisnąć je jak przysłowiową cytrynę, ale.. kiedyś. No właśnie. Kiedy?
Tymczasem skupiłam się na sesji zimowej, wszystko zdałam. Pomijając jakieś (nieznaczące już dla mnie i całkowicie obojętne) problematyczne kwestie związane z projektami na niektóre przedmioty. Głównie problemy tzn.organizacyjne, ale naprawdę w tym momencie jest to dla mnie tak nieznaczące, że nawet nie mam potrzeby wdrażać się znów w ten temat i to opisywać.

Dobrze, że nie odcinam się aż tak od ludzi.. Nie chcę zostać sama. Mimo, że wczoraj usłyszałam od M., że A. mu powiedziała, że jest jej przykro, że przestałam się do niej odzywać. Ech, faktycznie, zaniedbałam ją ostatnimi czasy, ale to tak naprawdę przez tą sesję, przez naukę, przez moje schizy..

Za to jestem w kontakcie cały czas z B., ostatnio bardziej z D. i G. Z własnej woli do mnie dzwonią i gadamy po.. około dwadzieścia-trzydzieści minut. Te małe, malutkie, wydawać by się mogło całkiem prozaiczne i normalne czynności sprawiają mi tyle radości i jakiegoś takiego spełnienia. Mimo wszystko czuję się potrzebna. Czuję, że ktoś na mnie może polegać, dlatego do mnie dzwoni jak czegoś potrzebuje.

Aaa i przypomniało mi się.. W końcu nawiązałam kontakt i zaczęłam rozmawiać z A. z mojego roku. Nie wiedziałam jak się do tego zabrać, ale w końcu, naturalnie – udało się! Żartujemy sobie od czasu do czasu, porozumiewamy się. Już nie są to tylko jakieś niezręczne spojrzenia i zero odezwu. Szkoda tylko, że inaczej się pologował na przedmioty na następny semestr.. Jesteśmy razem tylko podczas wykładów, ale na nie to nie ma co liczyć, bo on nigdy na nie nie chodzi. Nawet przez to miał problemy teraz, w minionym już – trzecim semestrze. Musiał pisać specjalny egzamin z logiki, który pisali tylko ci, którzy nie chodzili na wykład.. ale z tego co się orientuję to zdał, więc nie ma problemu.

Gorzej z K, który chyba szósty (naprawdę) raz nie zdał przedmiotu z pierwszego roku – „widowisk“ z S. Niewiadomo co teraz z nim będzie. Chyba w tym tygodniu pisze/pisał kolejną poprawkę. Zapłacił za warunek i miał w tej „cenie“ bodajrze trzy podejścia do egzaminu, ale nie jestem pewna jak to dokładnie wygląda. Najgorsze jest to, że mamy z nią zajęcia teraz, w najbliższym semestrze. W piątki – laboratoria i wykład z „praktyk performatywnych“. Oby udało mi się, tak jak na pierwszym roku zdać w pierwszym terminie.. Zdało wtedy, z tego co pamiętam tylko z osiem osób na cały rok. Pamiętam w jakim byłam szoku, kiedy okazało się, że jestem w tej „szczęśliwej ósemce“. Oby szczęście mi sprzyjało do końca studiów! A co potem? 

Nowe media – to sfera moich zainteresowań. Powinnam sobie poradzić. Ba, jestem pewna, że się odnajdę. Plan bliżej niesprecyzowany, ale wszystko podlega rozważaniom czasowym..